niedziela, 31 marca 2013


na moją desperacką propozycję odpowiedział: kiedy tylko zechcesz, spotkaliśmy się w irlandzkim pubie nad guinessem, po czym wszystko potoczyło się jak lawina, zagarniając nas ku sobie, ku sobie, w upatrzone od dawna ramiona. od półtora miesiąca w moim maleńkim mieszkaniu toczy się wspólne życie w trójkę, ze smażeniem jabłek z cynamonem, wycieraniem łap psu po spacerze, wieszaniem prania i partiami gier planszowych. bezpieczny mikroświat stworzony z tym wielkim, łagodnym mężczyzną w ciągu kilku tygodnia gdyby czułość i zaufanie mogły promieniować, moje okna świeciłyby na całą ulicę, blask przeciskałby się szparą pod drzwiami, wylewał z plecaka mojego syna, jego ślady obnosiłabym rano po zaspanym mieście na ubraniach, włosach.

sobota, 2 lutego 2013

zwinięta w kłębek w cieniu wielkiego miasta, nadaję sygnał s.o.s - zatrzymaj mnie tu, bo inaczej przepadnę, wrócę do polski, gdzie nie ma dla mnie, zdaje się, nic. i czekam, skołowana, pijana, czekam na odpowiedź. powiedz tak, powiedz nie, powiedz cokolwiek, żebym mogła skreślić cię wreszcie z listy spraw do załatwienia w tym maleńkim kraju, gdzie jakimś cudem zawędrowałam, gdzie tak samo uparcie jak w ojczyźnie walczę o przeżycie, zawzięcie, dzień za dniem. szorując cudze wanny i kible, nalewając piwo, prasując koszule, pilnując obcych dzieci, podczas, gdy moje własne czeka na mnie w pustym mieszkaniu. odpowiedz, niech to szlag. i niech to będzie nawet twoje désolé, non. cokolwiek. jakaś pewność i prawda. bo mój czas tutaj kończy się, a rano kłęby pary buchają mi z ust przy uszczelnionym szmatami oknie. ten belg ma czterdzieści lat, łysieje, pije za dużo piwa i pewnie zjada co dzień cztery steki, zanim wyprowadzi w końcu psa na spacer. i okazał się wreszcie najważniejszy. kiedy staje w drzwiach baru, zielona kurtka przesłania świat, sprawia, że zamieram, śni się potem męczącym rwanym snem. chcę to przerwać, nie mam siły na takie rzeczy, to było dobre za studenckich czasów, wrocław, lata temu. a teraz odpowiedz mi - non, désolé. odpowiedz mi. 

niedziela, 13 stycznia 2013

zwykła grypa zwala mnie z nóg i sprawia, że karciane domki, lodowe zameczki idą w rozsypkę. a świat, co się ukazuje spod nich, ma kły i łuski. i ogólnie jest odwrócony w moją stronę dupą.

nie dam sobie rady tutaj. 

czwartek, 3 stycznia 2013

sylwester. wódka. strach przed śmiercią. drogi bez wyjścia. przyjaciel. rosyjskie piosenki. bliskość. 

piątek, 21 grudnia 2012


zielona kurtka. i środek ciężkości zadymionej knajpy przechyla się nagle wraz z robiącym nagły skręt żołądkiem. i zaczynają dzwonić szklanki i zęby, plątać się czasy i rodzajniki. przychodzi i siada przy kontuarze, a kiedy nie przychodzi, spełzają kolory i proszę, ja się nudzę, i masz, rozczarowanie. kurtka włóczykija. skręcane papierosy. supergęsty obiekt w przestrzeni, w stronę którego zsuwam się, owszem, chcąc. jeszcze jak chcąc. a następne godziny stają się tańcem wokół, tańcem uników i nawoływań. cóż, gdy bez odzewu? choć przytrafia się jeden i drugi gorączkowy sen, kilka zamienionych słów, wziętych zaraz za dobrą monetę. trochę prostych marzeń, które jakoś dobrze mi robią teraz, przywracają do życia, rozgrzewają, leczą. i nic nie szkodzi, że to iluzje - jak te barwne pióra ze skrzydeł i strojów drag queens, które po występach zbieram z podłogi, gdy nikt nie widzi, a w domu układam pieczołowicie w płaskim pudełku. 

niedziela, 2 grudnia 2012

Filifionka stała bez ruchu, zupełnie bez ruchu, ściskając porcelanowego kotka i myśląc:  O, ty moja piękna, moja wspaniała katastrofo…


jak dobrze, że nadeszłaś. jak dobrze, że nie trzeba się już ciebie bać.

piątek, 16 listopada 2012

piętnaście metrów kwadratowych. wczoraj odebrałam klucze.

poniedziałek, 12 listopada 2012

w tych dniach nie ma nic oprócz powietrza w mieszkaniu gęstego jak kisiel i mojego uporu, z jakim drążę sobie tunel na zewnątrz. wyśpiewałaby to może kate, czy tori, ale ja mogę tylko tak - pijaną, pokraczną frazą. jak to możliwe, że nie zasługuję na chwilę rozmowy? że nie możesz usiąść ze mną, napić się wina, powiedzieć - meg, spieprzyliśmy może, a może i nie, czas zakończyć po prostu to, co umiera na naszych dłoniach, wyraźnie. ale wydarzyło się przecież to wszystko, nasza miłość jak nikomu, nasze rzeczy wielkie i ważne, i drobiazgi kochane, cały świat, począwszy od spotkania na dworcu pod księżycem żółtym jak ser, do zapadnięcia w twój płaszcz na lotnisku w brukseli. i dlatego tak mi żal. bo jeśli ty nie chcesz tego pamiętać, to tak jakby nie było nigdy tych pięciu lat wspólnie. poranków z budzeniem się obok siebie, wieczorów zasnutych, zaszeptanych, nocy jak studnie, miejsc zobaczonych i przeżytych na pół, morza herbaty i muzyki, książek przedyskutowanych, zdjęć i filmów, własnego języka, nie dla ludzi, całej tej telepatii, chwytania myśli w pół słowa, bez słowa. jakby bez znaczenia były ocalone kiedyś i wychowane kocięta, grypy i bóle zęba, kiedy trzeba było opiekować się, troszczyć. wszystkie te chwile, kiedy uśmiechaliśmy się jeszcze w oparach snu tylko dlatego, że wstawał dzień, a w planach było wspólne nicnierobienienie. i odpływy od siebie po to, żeby wrócić, żeby jeszcze mocniej razembyć. m., moje najlepsze chwile przeżyłam z tobą. gdybyś zechciał przyznać mi teraz to samo, objąć mnie i przytulić na pożegnanie, byłoby inaczej. nawet nie wiem do końca jak, ale inaczej. w tak głupi i okrutny sposób kończymy się? niesprawiedliwość dolega mi, szczypie w oczy. słysząc, jak bardzo jestem niczym i niewarta, zwijam się w sobie. że taka sama jak wszystkie - jak mam to pogodzić z tym, że słyszałam dotychczas, że wyjątkowa, że całym światem? i które było prawdziwe? jeśli mówisz 'wszystko przez ciebie', to ja już nic nie umiem dodać. jeżeli krzyczysz, to ja przestaję mówić, wracam do autystycznego dziecka w sobie. jeśli trzaskasz drzwiami, mną trzaskasz, tyle razy ci powtarzałam. jeśli zaczynasz od 'bo ty zawsze. ty nigdy', to ja staję bezradna wobec takich słów, za dużych dla mnie, za ciężkich. jeśli nie umiesz wyłączyć tego pieprzonego komputera, kiedy przychodzę do ciebie, to co ja mam zrobić wobec twoich pleców? tak, wiem, przez to się przechodzi, i ja przejdę. przetrwałam, kiedy miałam szesnaście lat i brzuch jak dynia doczepiony do chudej reszty, więc tym bardziej teraz. a za każdym razem wychodzę silniejsza, lepsza - bo nic darmo w końcu. m., nie waż się porównywać mnie z kimkolwiek. za dużo czasu mi zajęło, nim dotarłam do własnej niepowtarzalności, żebyś teraz mógł zniszczyć to jednym czy drugim jadowitym słowem. och, meg. och, cholera. dzieciaku, malutka, poradzisz sobie, to tylko teraz wydaje się wielkie jak góra i chce połknąć, pożreć żywcem. trzeba mi czasu, sporo czasu i uważnego dbania o siebie, bo po tym wszystkim byle podmuch i wypiszę się stąd na dobre, nie znajdzie nikt, nikt, nikt.

czwartek, 18 października 2012

w cytrynowym świetle przegryzamy sobie gardła. w cytrynowym świetle latarni czerwona krew. i nikt się nie wzrusza, widząc jak płynie, nikt nie kołysze, nie opatruje ran. z góry muzyka, jej mdlący kokon zakleja mi usta. czy jeszcze kiedyś będę mogła jej słuchać, zapomnieć? pink floyd, gdy powiedziałam - zabij mnie, nikomu nie powiem. marillion, kipiący od uczuć, podczas gdy tu syberia i echo ścian. a każda mała świeczka, każda mała świeczka mogłaby rozświetlić ten ciemny kąt. od kiedy wiem, że tak trzeba, rozdzieram własnymi rękami to, co od dawna spękane i nijakie. jeszcze chwila, dwie i zawali się wszystko, sterta gruzu pogrzebie nas - na jak długo i kto wstanie pierwszy? kiedy obudzę się z kacem po raz któryś z kolei, kiedy już odżałuję i opłaczę nas, zarwę ileś nocy, prześpię ileś dni, wtedy podniosę się, wiem to. opróżnię popielniczkę, wyrzucę butelki i zacznę zdrowieć. już czas.

sobota, 22 września 2012

aha, to coś w środku, musujące, już zapomniałam, jak to jest. na razie niegroźne, żadne tam szybowania, co najwyżej lekkość, powietrzne poduszeczki pod obcasami butów. tyle, żeby przychodziła niespodziewanie ochota na papierosa wieczorem, na szukanie śladów w sieci.
zostawię sobie na tę jesień, o której nie wiadomo nic.

wtorek, 18 września 2012

na zajęciach siedzę z Amal, tak jakoś wyszło, bo za pierwszym razem spóźniłam się i zajęłam pierwsze z brzegu wolne miejsce. wolne było obok niej  i już zostałam. Amal ma nieufne, inteligentne oczy, z francuskim radzi sobie chyba lepiej niż ja. transkrypcję i tłumaczenie zapisuje od prawej do lewej ciągami wężyków i kropek. ma dwadzieścia sześć lat i czwórkę dzieci. gdy madame łączy nas w pary, podczas konwersacji na tematy dowolne, pytam Amal, dobrą muzułmankę, jak znajduje czas, żeby opracować zadany materiał, odrobić lekcje? ona mówi, że uczy się w nocy. kiedy dzień się kończy, tornistry chłopców są spakowane, a na gazie bulgocze zupa na jutro, rozkłada książki na stole w kuchni i zabiera się do pracy. mąż jest trochę zły, ale trudno, najważniejsze, że zgodził sie opłacić kurs. a Amal jest uparta, chce mówić po francusku i nauczy się, choćby miała spać po trzy godziny na dobę.

poniedziałek, 17 września 2012

zaległe notatki już z brukseli:

nowe mieszkanie znajduje się na poddaszu kamienicy i jest z tych, o których agenci nieruchomości mówią, że ma potencjał. może i ma, może ktoś kto je kiedyś kupi, rozbierze kominek, naprawdę paskudny, i zrobi nowe schody na pięterko, bo te są jak sen pijanego architekta. poza tymi dziwactwami, to całkiem ładne i miłe miejsce do życia. po półtora miesiąca rozkładania co wieczór polowego łóżka, wycierania kałuż po cudzym psie, uważania na każdą brudną skarpetkę, żeby nie weszła nikomu w pole widzenia - ulga, z pewnością. pomimo tego, nie cieszy nic, o żadnej z tych wszystkich rzeczy nie chce mi się powiedzieć: to moje. choć oczywiście pomagam z wnoszeniem mebli, szoruję do czysta kuchnię i łazienkę i tak dalej.
z m. poruszamy się bezszelestnie po niezależnych orbitach. nie dotykając się. nie wchodząc sobie w drogę.

***
dziewczyna w nocnym metrze płacze bezgłośnie, łzy toczą się po jej twarzy i znikają miękko w chustce zawiązanej na szyi. łowi moje spojrzenie, którego nie zdążyłam odczepić i ukrywa się na ramieniu chłopaka, on obejmuje ją, ale nic nie mówi, nie pociesza. nietykalni. odwracam głowę. innym razem środek dnia, wagon ludzi nudnych i znudzonych śmiertelnie, aż do chwili gdy na którejś stacji wsiada kobieta, czarna suknia z trenem brudnym od ciągnięcia po podłodze, sznurowany gorset, wachlarz. zajmuje miejsce i zawiesza wzrok gdzieś w próżni, wspaniale obojętna, podczas gdy mnie pocą się ręce od samego siedzenia naprzeciwko niej. a ostatnio muzułmańska rodzina, razem z dziećmi ze dwadzieścia osób, połowa już wsiadła, ale drzwi zamykają się akurat gdy wtaczają wózek inwalidzki z siedzącym na nim starcem. zaczyna się szarpanina za klamki, ktoś wyrywa inwalidę z wózka, który zaczyna trzeszczeć, zaburkowane kobiety podnoszą jazgot i lament, w tym wszystkim ostrzegawczy sygnał przed odjazdem - wreszcie ktoś bardziej przytomny pociąga za uchwyt awaryjnego otwierania drzwi.

***
anomalie rozsadzające twój dzień, załamujące go w połowie albo w jednej czwartej, czyli wariaci, wokół których z miejsca robi się pustawo, choćby to były godziny szczytu i wagony nabite co do centymetra. ten, który opowiadał sobie nieprzerwanie coś po arabsku, kopiąc jednocześnie w oparcie krzesełka - wwiercający się w uszy wściekły monolog wyprowadza mnie z równowagi na tyle, że w końcu wysiadam o dwie stacje za wcześnie, by zaczekać na kolejne metro. ta gruba, absurdalnie ubrana, również dyskutująca ze sobą z zapałem, wybuchająca śmiechem co chwila, klepiąca się po udach z uciechy, ocierająca łzy rękawem. i jeszcze jeden sprzed tygodnia, przerażający jak z koszmaru, jego zawodzenie, jego twarz spod kaptura wymiatają z wagonu wszystkich co do osoby.

***
ludzie, ludzie, ludzie, przelewający się przez tunele i ciągi schodów, różnokolorowi, różnojęzyczni, dredy, chusty i turbany - na razie jeszcze nie mam dość, choć już wiem, że przyjdzie czas, żeby uciekać. ale teraz anonimowa, bezpieczna, płynę wraz z nimi, sycę się tłumem, przynależnością i wyobcowaniem naraz.

***
w snach tańczę z taką jedną dziewczyną stąd, w której trochę się durzę, albo z mężczyzną z baru, który śmieje się inaczej niż inni, bardzo zabawnie, i który niepokoi mnie do tego stopnia, że zawsze wiem, kiedy staje w drzwiach, choćbym była odwrócona plecami do kontuaru.

***
a dwa dni temu przeżyłam własną śmierć.

środa, 27 czerwca 2012

czyli tak, najpierw było czekanie do późna w nocy nad szklankami z piwem, które w końcu uderzyło nam do głów, w poczuciu ostateczności tyleż gorzkim, co ekscytującym, w przeświadczeniu, że ta jedna przyjaźń dobra i mocna była jednak, jak się dobrze przyjrzeć, najlepszym, co mnie spotkało tu na północy. więc wybuchamy śmiechem, trochę przez łzy chyba, co na siebie spojrzymy, bo kto mógł pomyśleć, że to wszystko tak, i że to k. będzie mnie żegnał i niósł moją walizkę, i życzył wszystkiego, i obiecywał za pół roku, za rok spotkać się w amsterdamie, dajmy na to, a realność tej obietnicy jest czymś kojącym, czego można się trzymać. potem autokar sunący gładko po niemieckich drogach i wjazd triumfalny do berlina, prosto w świt, w niemożliwie różowe niebo. lotnisko, gdzie odgrzebuję naprędce angielskie słówka, które gdzieś zniknęły, przysłonięte ich francuskimi odpowiednikami. samolot i dość rozpaczliwa myśl po uruchomieniu silników, że już chyba tego nie odkręcę i teraz musi się dziać, musi być hałas, rozpęd na pasie startowym, zatkane uszy i wciskanie w fotel. dopiero nad chmurami, gdy wyrównujemy, spoglądam na swoje dłonie, są białe od zaciskania i zupełnie mokre; mężczyzna w jarmułce siedzący obok spogląda na mnie z uśmiechem- 'it's your first time, madame?'. kiwam głową, biorę głębszy oddech i rozluźniam pasy, które wcześniej zapięłam tak, że niemal przecinały mnie wpół. przysuwam bliżej twarz do okna i widzę coś, co chyba trzeba raz chociaż w życiu zobaczyć, skrzydło samolotu tnące oślepiający błękit, a poniżej biała równina, wypiętrzona tu i ówdzie w miękkie pagórki, cukrowa wata, gałki waniliowych lodów, to niezwykłe, to piękne. po godzinie lotu i to się kończy, tym razem zniżanie, zjeżdżający w dół żołądek, wychodząca na spotkanie ziemia, z rosnącymi w oczach domami i drzewami, wstrząs przy zetknięciu z pasem startowym - klnę w myślach po polsku na zmianę z wzywaniem zapomnianego imienia nadaremno- i voilà, c'est fini, oto brukselskie lotnisko, gdzie w hali przylotów wpadam prosto w ramiona m., w jego ramiona i w wielki transparent z napisem - 'bienvenue, meg'.

wtorek, 26 czerwca 2012


ostatni tydzień był tygodniem pożegnań: tych ołowianych, prawdziwie smutnych i tych serdecznych, rozgrzewających, i tych zdawkowych, z dziobaniem się w okolice policzków. za dużo, za dużo, wszystkie razem zostawiły mnie wyczerpaną, z roztętnioną głową i melancholią w sercu. a odwracając się, żeby jeszcze raz spojrzeć na stargardzki rynek i dwie kolorowe kamieniczki muzeum, już wiem, że nie zapamiętam stamtąd żadnego ciemniejszego dnia. zostaje tylko wdzięczność za udzielenie przystani i wspomnienia, do których będzie się chciało wracać. ile osób może tak pomyśleć o miejscu, gdzie przepracowało kilka lat? 

piątek, 8 czerwca 2012

katolicy świętują, naciąwszy poprzedniego dnia milczących brzózek i ogołociwszy główki kwiatów. ja piję kolejne piwo i oglądam xaviera dolana, myśląc: boże, co za język, prawie nic nie rozumiem, choć film znam na pamięć, dlaczego oni tak szybko mówią? pojawia się przy tym leniwa myśl o czerwonej marynarce z ostatniej sceny, że można by taką kiedyś wyszukać, kupić. zatrzymuję film i idę do kuchni po słone paluszki; wokół nieprawdopodobny bałagan, przeskakuję przez stosy książek, czyste i brudne ubrania, kubki z zaschniętymi fusami i butelki po piwie. mój prywatny reset przed ostatnią prostą, bliską już zawieruchą sortowania, sprzątania i uśmiechania się do bólu mięśni twarzy. pomyśleć tylko, kolejny raz przewracam sobie życie do góry nogami. cztery lata temu też postawiłam wszystko na głowie, kiedy jechałam tu, bez pamięci zakochana i tak pełna ufności, ze mogłabym nią obdzielić ze trzy osoby. początek świata! kupowanie talerzy, łyżek, deski do chleba! wstawanie potem w nocy i zapalanie światła, żeby jeszcze raz spojrzeć na te talerze, te łyżki! i nawet jedna myśl nieprawdopodobna, od której kręciło się w głowie, myśl o ceremonii na piasku, nad jeziorem... uch, ależ nam przyszło dostać po dupie później, ależ zebraliśmy cięgi - od siebie nawzajem i od polskiej rzeczywistości dławiącej pętlą coraz i coraz ciaśniejszą. jak to możliwe, że dwoje ludzi, tak w jedno zlanych, tak podobnych, tak kochających się -  i takie piekło potrafiących sobie stworzyć, ze tylko wyć? jak to możliwe, m.?
lecz piekło to ogień, a ten określa, w nim się wykuwa to, co dźwięczy szczerością. powoli staję się widzialna, mam coraz wyraźniejsze kontury. człowiek w moim lustrze zaczyna przypominać człowieka, mówi 'nie', mówi 'tak'. nic zatrzymać. nic powtórzyć. nic cofnąć. 

poniedziałek, 4 czerwca 2012


ludziom wydaje się, że patrzą w niebo, myślę wyciągnięta na trawie, bawiąc się niedojrzałym jeszcze kłosem jęczmienia. mówią: kochanie, spójrz na niebo, będzie padać. albo: wyjrzałem przez okno i sądząc po niebie, będzie dziś piękna pogoda. tego typu gadanie. a tak naprawdę wcale go nie widzą, bo cóż to jest, omiecenie roztargnionym wzrokiem tego kawałeczka pociętego przez dachy bloków i wieżowców. żeby patrzeć w niebo, trzeba mieć twarz ustawioną równolegle do niego, dochodzę do wniosku i przysłaniam oczy ręką, bo właśnie zza wełnistego wieloryba wytacza się słońce. trzeba też znaleźć takie miejsce, żeby mieć błękit od lewej ręki do prawej (wtedy rozumie się od razu słowo 'nieboskłon'). i gdy już znajdzie się takie miejsce i położy na plecach, z pępkiem wycelowanym w górę, to można poczuć się tak, jakby przykrywała cię ogromna niebieska filiżanka.

dziś chmury są drobne i lekkie, jak kłaczki waty wyskubane z pluszowej zabawki. kiedyś, gdy dość często rysowałam, miałam swój sposób na różne rodzaje obłoków. kartkę trzeba pokryć grafitem w proszku, najlepiej przy pomocy szmatki, a potem robi się chmury używając gumki, zbierając nią pigment. takie rysowanie gumką. 

kiedy tak leżę, przypomina mi się dom mojej matki, pewnie dlatego, że tam w ciepłe dni lubiłam wynosić koc do ogrodu, żeby na nim czytać albo nie robić nic. przyjemny chłód w pokojach, wszędobylskie koty. w sieni bańki na mleko, łubianki, derki dla koni. przebieranie agrestu, porzeczek. tam myję włosy deszczówką, aż zaczynają błyszczeć jak nowiutki kasztan. chodzę bez stanika i zapominam o makijażu. a wieczorami z moją matką robię ser. 

poniedziałek, 21 maja 2012

bilet na samolot mruga i straszy z przezroczystej teczki. udaję, że go nie widzę. berlin-bruksela, szesnasty czerwca. z m. swego czasu naoglądałam się głupot w rodzaju 'największe katastrofy lotnicze' i teraz  słabo mi na samą myśl o oderwaniu się od ziemi w tak żałośnie mizernej puszce. bo jak tu wsiąść na pokład, kiedy ma się w pamięci te nieszczęśliwe sploty zdarzeń? malownicze katastrofy, po których rodzinom zwraca się nadpalony dowód osobisty i resztki zegarka? ostentacyjnie brzozowe brzozy? no i lotnisko w berlinie, czy aby mój angielski to wytrzyma. a z drugiej strony, to tylko półtorej godziny w powietrzu... i może pora zacząć się przyzwyczajać.

piątek, 18 maja 2012


moja przyjaciółka niedawno urodziła wyczekaną córeczkę. tak się o tym dowiedziałam: położyłam się spać dość wcześnie i zasnęłam od razu. śniła mi się iv, bardzo piękna i spokojna, z szalem na głowie i ogromnym brzuchem pod rozpiętym płaszczem. szła ulicami stargardu, a ja próbowałam dogonić ją, by przywitać się, porozmawiać. w końcu zniknęła w drzwiach apteki przy kościele, nie słysząc mojego wołania. potem sen się plącze, zawija, by znów: iwona, oparta plecami o jakieś szafki kuchenne, ja siedząca na stołku, z twarzą wtuloną w jej brzuch. całą noc takie rzeczy. nad ranem w telefonie wiadomość, że: 'zosia już z nami. jestem półżywa, ale szczęśliwa'. 

czwartek, 10 maja 2012


kwoki, kwoki wokół. denerwują mnie i męczą. co ja robię w tym kurniku? gdyby nie to, że mam oddzielną przestrzeń i oddzielne zajęcie, nie wymagające komunikowania się z pozostałymi, nie wytrzymałabym w tej pracy nawet pół roku. czarna owca, za nic mająca święty kastet obrączek, zbieranie książek kucharskich i obowiązkowe cmokanie nad każdym niemowlakiem. moja biografia jeży się od takich punktów, że biedaczkom dech zatyka z oburzenia. mężczyźni są bardziej powściągliwi, ale też patrzą na dziwoląga z politowaniem. szczęście, że po pracy wracają do swych żon porządnych i pobożnych. ach, wy, matkipolki. wasze ciasta i sałatki. katalogi kosmetyków. em jak klan. jedna książka rocznie zapewne. i niechby nawet, w sumie nic w tym złego, ale za tym idą stosy dla odmieńców. dlaczego jestem tak słaba? dlaczego wszystkie jasne myśli wyfruwają z głowy, kiedy ktoś pakuje mi się z butami do środka? pozwoliłam nazwać się egoistką. czemu nie od razu zimną suką?

- 'przydałby się sufler, podpowiadający cięte riposty z każdego okienka piwnicy...'

no dobrze, ale pobyt w kurniku to jednak doskonała lekcja. można się przyjrzeć i całkiem na zimno utwierdzić w przekonaniu, czego się nie chce. od czego będzie się uciekać zawsze. zresztą, to już prawie koniec. zabieramy swoją grzędę i wynosimy się. kwoki zostają.

poniedziałek, 7 maja 2012


niebo nisko, mruczące, brzemienne. coraz bliżej odgłosy lawin, kamienne kule toczą się po drewnianej podłodze. sąsiadka w biegu zrywa pranie ze sznura. czy nasiąkło zapachem kwiatów? sznurek uwiązano do dwóch gruszy, a te stoją w bieli i różowości. babka maciejewska zaśnie dziś wśród słodkich prześcieradeł - bezzębny anioł w spranej nocnej koszuli. pierwsza burza w tym roku! niewidzialne hatifnaty ocierają się o mnie, unosząc mi włosy na karku. a w głowie liściastość. i chce się latać. i chce się pisać. i naprawdę wierzy się przez chwilę w swoje możliwości. kilka ciężkich kropel z przepełnionego nieba - i wielka płachta z wodą rozdziera się wreszcie, zalewając świat potokami deszczu. moknę i marznę, zachwycona. wiosna.

piątek, 4 maja 2012


przygotowania do wyjazdu w toku, co najlepiej widać na pokreślonej liście przyczepionej na lodówce. przeważają dni, gdy jestem pełna zapału i wiary, ale przeplatają się z tymi pod znakiem zniechęcenia i czarnowidztwa. a historia z wyekspediowaniem do belgii mojego kota przygnębiła mnie zupełnie. zaobserwowałam pewną prawidłowość - tam gdzie spodziewam się trudności, tam wszystko udaje się bez większych problemów. tam gdzie powinny czekać przyjazne dłonie, tam zderzam się z zimną ścianą. całkiem na opak.

wtorek, 17 kwietnia 2012

wielkanoc przyniosła mi nadzieje, obietnice i łzy. jak to sie przełoży na przyszłość i czy w ogóle, żadne z nas nie może wiedzieć. ale chcemy razem - mimo wszystko - a to już coś, bo nie nic. splątany, szary kłębek we mnie rozsupłał sie w dużej mierze i oddycha się dobrze, swobodnie. chociaż nie dowierzam jeszcze, że po tak długiej nocy może być to - mokra zieloność traw i niebo czyste aż po horyzont. 

rozkojarzenie. zrobiłam sobie trochę obrazków w głowie i kilka jest takich, że gdy się wyświetlają, to przychodzi fala gorąca aż po koniuszki włosów. i chce mi się wtedy śmiać. z niczego. z czystej radości. przytulać nieznajomych ludzi na ulicy. płakać nad tymi, których miłość obumarła.

...ale odjechał w końcu i brak mi go. krążąc po domu zbieram i składam ubrania, myję kubki i kieliszki po winie. ścielę łóżko, co zastygło przyjmując nasze kształty. o, ten czas pozostały będzie się bardzo dłużyć, ale teraz, po przesileniu, można skreślać dni i czekać. i nie pisać. zaniemówić. jestem od nazywania cierpienia. dla szczęścia zawsze brakowało mi słów.

środa, 28 marca 2012

w przeraźliwie zimnej kaplicy jako najbliższa rodzina zajmujemy pierwsze dwa rzędy. tabliczka na trumnie robi piorunujące wrażenie. bo zobaczyć to imię i nazwisko w takim miejscu, poprzedzone literami ś.p. - z całą grozą przywala mnie zrozumienie, że tam naprawdę znajduje się moja babcia. niezbity, bezduszny dowód końca tego wszystkiego, co składało się na jej życie. słowa 'nigdy' i 'zawsze' są tu dozwolone, więcej, uzasadnione, nabierają właściwego ciężaru, określają ostateczność. trzymam się jakoś do chwili, gdy mężczyźni w białych rękawiczkach biorą trumnę na ramiona, lewa, komenderuje jeden z nich, ruszają powoli w stronę kościoła, a dzwony zaczynają zanosić się jękliwie. dziwne, ginęłam w chwilach, gdy przestawiali ją, podnosili, wkładali do karawanu, manewrowali między nagrobkami i to najgorsze, opuszczanie na pasach do otwartego grobu. w głowie wówczas bełkot: nie dotykajcie, zostawcie, ostrożnie, proszę. ach, to ludzkie przywiązanie do ciała, przecież wiem, że w tej trumnie nie ma już nic, życia, czucia, nawet obojętności nie ma. pogrzeby są dla nas, tu pozostających. i całe te ceregiele, z lakierowaną skrzynką, wybieraniem muzyki, księdzem, co mówił tak ładnie, że nawet ja byłam zadowolona, wszystko to ma pomóc jakoś obłaskawić coś, co jest zupełnie nie do pojęcia, nie do pogodzenia się. a może to ja jestem za młoda, żeby rozumieć, że pogodzić się można? nie wiem. w każdym razie w kościele zazdrościłam przez moment ufnym wierzącym. mogli mówić 'do widzenia'. ich twarze wygładzały się.

środa, 21 marca 2012

ludzie pogwizdują. mowią aaaa. pani taka odważna. nie boi sie pani tak sama. z dzieckiem małym. a we mnie obezwładniający strach, taki, że serce tłucze się w brzuchu, zamiast na swoim miejscu. i nie mam komu opowiedzieć, jak bardzo się boję tego wyjazdu. tego nieba obcego i ziemi. i pracy, i języka, i ludzi. siebie samej w tym wszystkim. odważna, aha. przecież ja wlazłabym w szparę w podłodze najchętniej. skurczyła do rozmiarów chrząszcza, z dołu patrzyła na te wszystkie przetaczające się nade mną konieczności i miłostki, i krzątaninę. a tak nie można, bo jeszcze samej trzeba być oparciem dla kogoś, kto boi się - i to bardziej niż ja może? póki co, nalewam sobie wina i zabieram za kolejny głupawy dialog z podręcznika do francuskiego. bohaterowie moich czytanek sączą martini i chodzą na pokazy haute couture. albo jeżdżą w Alpy na narty. ani pół strony o mopach, ścierkach, napełnianiu kufli i problemach z zameldowaniem.

wtorek, 13 marca 2012

z lektur od tygodnia dzienniki iwaszkiewicza; trochę oszukuję, bo powinnam porządnie czytać przypisy, a po tych się prześlizguję. no, ale jeśli przypisów więcej niż samego tekstu, to ileż można. skala kolorów, odczuć, wszystkiego, co się składa na życie, niewyobrażalnie szeroka. i pisanie oczywiście najlepszej próby, pulsujące, wspaniałe. jak się przy tym pomyśli, że teraz każdy może pitolić na blogu, ile mu się żywnie podoba (i nazywa to dziennikiem, zapiskami, a jakże), to nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. wszystkie dręczone rozdarciem dzieciaki z dobrych domów, matkipolki z przemyśleniami spod fartucha, grafomani jak ja - a nad tym mchem kołyszące się w górze korony iwaszkiewiczowej prozy! a jednak lekcja pokory może uskrzydlać.  

piątek, 2 marca 2012

przyszła odwilż, a z nią ciepło, zdradliwe, otumaniające. przednówek próbuje skręcić mi kark. jeszcze się bronię, ale wieczorami z ulgą wpełzam pod kołdrę i zasypiam absurdalnie wcześnie. w dzień podpieram sobą ściany, zapadam w krzesła. dlaczego ciągle ktoś czegoś chce? jakieś pieniądze zarabiać trzeba, decyzje podejmować. schodzić się w pary i rozchodzić znów. organizm nie nadąża. chce hibernacji w miękkim gnieździe łóżka.

poniedziałek, 27 lutego 2012

on zbiera wszystkie gwiazdy i posyła je w moją stronę, jak pęk strzał. wolałabym kamienie. i choć ciągle się jeżę wobec deklaracji miłości, to jednak słabnę, tracę głowę. poruszone słodkie struny wytrącają broń z ręki. tak, jestem tchórzem. umiem tulić do piersi i oddawać się bez wahania, ale nie potrafię z premedytacją zabić nadziei. chcesz powstrzymać ubywanie? biec, ratować? było tyle czasu, do cholery, tyle czasu. nie znikam od wczoraj przecież. 

piątek, 17 lutego 2012


gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że w butach będę musiała przejść po czyjejś twarzy, że nie da się inaczej, nigdy bym nie uwierzyła. 

naprawdę, naprawdę nie wiem, jak nas przez to przeprowadzić.

środa, 8 lutego 2012

co ileś dni odbieram telefon z brukseli, głos w słuchawce jest pełen entuzjazmu. odpowiadam przez ściśnięte gardło. wspaniale, mówię mu, powodzenia. zamiast: słuchaj, jestem twoją przeszłością, niczym więcej. moje zdjęcie zobaczone po latach nigdy nie będzie dla ciebie jak seria z kałasznikowa prosto w duszę. jak zdjęcia tamtej, której duch snuł się po naszym domu, unosił się nad oparami kawy i grzanek. ale napisać, że z nią tylko kochałeś i czułeś się kochany-
kiedyś rozbiłabym się o to zdanie w drobny mak i morze łez. dziś wystarcza kilka papierosów i tabletka przeciwbólowa, żeby awaryjnie wylądować. dosyć, już dosyć. jestem zmęczona. jestem taka zmęczona.

wtorek, 7 lutego 2012

nocami rozerotyzowane sny, z których jakoś nie chce mi się budzić. za dnia ciosy od tych, co najbliżej i takie, że z trudem udaje się ustać na nogach. całość przypomina kamieniołom i nawet czuję na sobie te parciane szelki od wózka z urobkiem. a wy nie wiecie, którzy nie widzicie mojego tańca na polu minowym, mojej zdartej uprzęży. co rano przecież wychodzę z domu podnosząc brodę wysoko, kroczę wśród wojskowych parad, marszów i werbli. gdyby nie haczyki i nitki  codziennych rytuałów, poszłabym na dno. jak nic.

czwartek, 2 lutego 2012

co by było, gdyby, i tak w kółko od dwóch tygodni, od wypitej wtedy na spółkę butelki wódki. wymyślam abstrakcyjne scenariusze, gdzie ważny jest każdy drobiazg, pochylenie głowy, otwarte dłonie. a gdyby tak, a gdyby jeszcze inaczej. klatki filmu, którymi można się bawić, choć tak naprawdę nie pragnie się zagrać w nim głównej roli. słodkie bzdury. ale dobrze mi robią, bo izolują trochę od prozy życia. w domu mam osiem stopni celsjusza i lodówka stała się zbędnym gratem.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

przychodzi i narasta chęć zatracenia się, przynajmniej na kilka sposobów, a najlepiej na wszystkie razem. desant myśli głupich i przekornych. odpędzam, ale wracają. śmieją się ze mnie w głos. drwią i głaszczą gorącymi skrzydłami. wtedy mówię im: pozostaniecie myślami, nie dam wam oblec się w ciało. nie zamierzam przecież znów skomplikować sobie życia. a z drugiej strony, to daje do myślenia, naprawdę.

piątek, 13 stycznia 2012

chciałam dzisiaj o jednej z tych płyt, które uśpione całymi miesiącami pod warstwą kurzu, nagle podnoszą głowę po to, by zabić. nikt nie potrafi tak walczyć ze swoim aniołem, tak się układać z demonami, jak mirek czyżykiewicz. ostatnio jątrzy. zdziera ze mnie skórę do kości. 

środa, 11 stycznia 2012

przed osunięciem ratuje w ostatniej chwili lektura "kronik portowych" Annie Proulx. znów na jakiś czas udaje się zaczarować rzeczywistość. gdy rano grzebię pod maską samochodu próbując uruchomic silnik, myślę sobie, tak trzeba, pojadę do najbliższego miasta. wkładając blachę pokrojonych kartofli do pieca, myślę: cóż, takie są zimy tutaj, nad Misky Bay, wiosną będzie świeży dorsz i sałata. gdy boję się wyjrzeć wieczorem przez okno, mówię, tam niedaleko jest zatoka i klify, zderza się golfstrom z zimnym prądem. i tak dalej, i tak dalej. gram w tą grę, gdy tylko tego potrzebuję. ze zrozpaczonego, czy wylęknionego stworzenia staję się  wtedy kobietą z wyspy, twardą jak sama nowa fundlandia. pomaga, chociaż muszę zasypiać przy włączonym świetle. niech mi ktoś powie, że bez znieczulenia trzeba. nic nie wiecie.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

bez niego dom ma w sobie niepokojącą sterylność. cisza jak zamarznięty staw. balansuję na drżącej linie, próbując utrzymać równowagę.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

meg rozpoczyna przygotowywanie swojego świątecznego puddingu.

a robi się to tak: weź choinkę, koniecznie taką, którą obwąchiwały zdziwione pyszczki saren. w oddzielnym naczyniu, najlepiej szklanym, naszykuj sporo skrzącej bieli i lodowych sopli. zmieszaj, dodając ze dwie garście pierników i prezenty, które obmyślało się już w sierpniu. wreszcie gotuj dość długo na trzaskającym ogniu, a następnie uformuj zgrabny pudding. obłóż ostrokrzewem, oprósz cynamonem. podawaj z sercem i god rest ye merry gentleman od annie lennox.

powinno się udać, choć oczywiście zdarzają się święta, gdy pudding ląduje na podłodze. bądźmy jednak dobrej myśli.

wesołych świąt.

wtorek, 29 listopada 2011

prozaiczne sprawy, całe mnóstwo ich teraz, jak złośliwe chochliki, jak gałęzie jeżyn wczepiające się w poły płaszcza. przy tym dotkliwy odpływ sił i środków. pocieszam się myślą o świętach.

poniedziałek, 14 listopada 2011

ach, jestem prymitywna, tak, rozdziera mnie miłość, wbija kły nienawiść. i jestem prymitywna, bo nocą zwijam się w kłębek i zjadam własne pięści z rozczarowania. tak, wyrafinowane obelgi odrzucają mnie równie mocno, jak zwykłe chamstwo. i żadne skomplikowane teorie nie przekonują mnie bardziej, niż szczerość oczu czy rąk. mój prymitywizm objawia się też tym, że służą mi proste rzeczy. jak łagodność i spokój na przykład. bo mogę wtedy oddychać. gałęzie wyciągać ku ptakom i ciepłu. a tak jak teraz, to udusić się chyba przyjdzie.

środa, 2 listopada 2011

otwierające się przede mną drzwi, za progiem pejzaż obcy, lecz dający nadzieję, zalany słońcem i pełen nowych dróg - wszystko to napełnia otuchą moje serce. a pora najwyższa, zanim zgorzknieję całkiem, zanim odfrunę pohukując żałobnie, na północ, na północ. a na razie bruksela, tak postanowione. lecz przystając na jeszcze jedną próbę, oczekuję zmian. bez żadnej pobłażliwości tym razem.

czwartek, 20 października 2011

nocny radiowy koncert tori w towarzystwie wina i kotów zsyła na mnie nastrój pijacko-tkliwy. tak zupełnie na skraju, że jedna szansa, jeden pocałunek sprawiłyby, że rozprysnęłabym się jak upuszczony termometr. chcę tylko, żeby było jak dawniej, czy to tak wiele? zabierz mnie do latarni morskiej. ocal, zanim utonę w koszach na pranie, w bezrozumnym zmierzchu. po cóż nam się zabijać, skoro możemy żyć wiecznie?

wtorek, 11 października 2011

od dawna przyszłość nie wydawała mi się tak nieodgadniona. nie wiem, z kim spędzę najbliższe święta. nie planuję następnych wakacji. stąpam nieufnie wśród teraźniejszości, wystrzegając się używania czasu przyszłego.
żeglując w pełnym zlewie tracę kolejne złudzenia. gdzieś z tyłu głowy skaliste wyspy, morze, na którego punkcie mam coraz większą obsesję, jakiś rower. czyli pewnie wypadłoby na skandynawię, gdyby przyszła pora. póki co, ciągle jeszcze nie i znów skończy się na wrzącym prysznicu i wycofaniu się za własną twarz.
w środku mnie uparcie pełga płomyczek, choć nie przypomina już w niczym tamtego trzaskającego ogniska, w cieple którego rumieniły nam się policzki.

wtorek, 4 października 2011

widzisz porę jabłeczną, co się jesieni tak wokół, jak i we mnie? oto moje ulubione miesiące, gdy rozkwitam w tych kolorach tyleż pysznych, co spłowiałych. moje wyblakłe koronki, moje szare oczy, moja zwykle uśpiona próżność dostają od jesieni najlepsze światło. oprawiona w nie, sama sobą się cieszę spacerując po okolicy. zaproś mnie, zobacz, ładnieję. zaproś mnie, na werandzie nalejemy herbaty w filiżanki i w milczeniu będziemy wdychać w siebie gasnący dzień. na tę okazję włożę sukienkę w kolorze dyni, przyniosę brzoskwinie i papierosy. i tak do zaognienia się nieba, aż przedwieczornie wrócę rżyskiem, nurzając się w niebieskawym, gęstniejącym mroku. już spokorniała. z opuszczonymi ramionami.

czwartek, 29 września 2011

moje chorowanie jest dokuczliwe i doprowadza mnie do łez, nie ma w sobie nic z miłego wywczasu. z gorączką, opuchniętym gardłem i nieprzerwanym katarem, rozsadzającym głowę, jestem jak ciśnięta na dno studni, odizolowana od reszty świata. a gdy m. pyta z kuchni, czy mam ochotę na coś do picia, odpowiadam z łóżka: chcę herbatę z dużą miłością cytryny.

środa, 21 września 2011

dziś będzie o radiu, o stacji radiowej, która przez lata mogła liczyć na moje przywiązanie i najcieplejsze uczucia. owa stacja to naturalnie trójka i ta właśnie trójka w tym tygodniu bezceremonialnie zabrała mi mój oswojony kawałek rzeczywistości. kto zna audycję "tubaron" i słucha regularnie trójki, ten z pewnością wie, o co chodzi. pozostałym już wyjaśniam: program pana piotra barona zdjęto z anteny, a jego samego wciśnięto w godzinny programik popołudniowy, gdzie po odliczeniu czasu na serwisy, reklamy i prognozy pogody zostaje mu pół godziny na prezentowanie muzyki i jakikolwiek komentarz. zaś na miejsce jego trzygodzinnej audycji wsadzono zdumiewający wręcz gniot, z chichoczącą bez przerwy niezbyt lotną redaktor serwującą papkę w stylu radia zet. gdy jeden z słuchaczy dodzwonił się do trójki usiłując wyrazić swoją opinię o zmianie, jaka zaszła w ramówce, oznajmiono mu, że chyba przesadza i powinien dać szansę nowym prowadzącym. otóż ja się nie zgadzam. ja nie chcę im dawać szansy. nie chcę w poniedziałkowy poranek piskliwych dziewczyn z fatalnym gustem muzycznym. gdybym chciała, znalazłabym z łatwością wiele innych stacji.
od wielu lat moje trzy godziny w pracy między 9 a 12 należały do pana piotra, który pozwalał w miarę bezboleśnie wstrzelić się w dzień. proszę oddać nam to, co było dobre, i co było schronieniem dla tak wielu w tym głupim świecie. proszę oddać nam piotrka barona.

piątek, 16 września 2011

W jadłospisie muzycznym od trzech dni ciągle tori amos. gdyż mam skłonności do przesady, a tak. i zdarza mi się najeść tyle jej muzyki w ciągu dnia, że ona sama powraca do mnie przedwieczornie. zasypiam wtedy przytulona do gładkich pleców rudowłosej, wyżej na karku obsypanych piegami.

poniedziałek, 12 września 2011

dziś zamierzam upiec wielkie drożdżowe ciasto ze śliwkami i będę nim próbowała odgonić stare demony, osaczające mnie ostatnio coraz ciaśniej. tak, wiem, umrzemy wszyscy, lecz dlaczego to wszystko tutaj nie może być piękne, tak jak zasługuje na to nasz krótki błysk. dlaczego codziennie krzyżujemy się nawzajem, powiedz mi. dlaczego kochając się, zadajemy sobie tyle bólu.
będzie drożdżowe ciasto. będą śliwki węgierki. zagarniam mąkę na stos, a moje płonące stosy są coraz bliżej, ich gorący dech owiewa mi kark. śnię sny o rozstaniu, sny o końcu świata. i chcę niewiemczego, jakiegoś nieistniejącego domu, żeby ktoś uśpił otulając kołdrą, głaszcząc po głowie.
moje pustynie są o krok, zbielałe od żaru, znajome jak stary sweter.

wtorek, 6 września 2011

mały jeż ma 135 cm wzrostu i włosy popielate, latem w kolorze piasku. oczy szaroniebieskie, niewiarygodnie czyste. pyszczek delikatny i wrażliwy, chude kościste nogi i małe ciepłe łapki, zawsze brudne i z połamanymi paznokciami. ma też plecy najmilsze w świecie i pimpek wypukły, i melaninową plamkę na pośladku. mały jeż ma osiem lat i jest kochany ciągle o wiele za mało. bo ma bardzo kiepską matkę, rozdartą między dwie miłości. za błędy zapłacę kiedyś, wiem. moje błędy nie dają mi spokojnie spać w nocy.

niedziela, 4 września 2011

upał odbiera mi zdolność myślenia. parę minut po chłodnym prysznicu sukienka znów klei się do pleców. sączą się leniwce z głośników. czytają się głupoty, o których nie warto wspominać i dopisywać do listy przeczytanych. dryfuję w pocącym się powietrzu z lukrecjowym cukierkiem w ustach.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

jestem sierpniową dziewczynką
tego dnia lew przestaje być lwem
zresztą od tygodnia bojaźliwy
jakiś prawda kolejnym znakiem jest panna
na każdym kroku widać że nie umiem ryknąć
postawić się zaczyna wtedy szumieć w uszach
lew dupowaty mam dla niego sporo czułości.

niedziela, 21 sierpnia 2011

już po zeskoczeniu na peron wrocław zagarnia mnie miłośnie, szeroko, wystarczy poddać mu się, pozwolić unieść, kołysać. z odrzuconą w tył głową płynę, bezboleśnie wnika we mnie miejski rytm. dziś dotykam swojego miasta, rozpoznając miejsca, ulice, mosty i mieszkania. dziś jak stara kobieta wspominam tamtą roztętnioną wolność i przeżycia w najjaskrawszych kolorach, następujące po sobie w zdyszanym tańcu - tak, kształtował się duch w zawrotnym tempie. dziś zdumiona przyglądam się zmianom, jakie zaszły w moim mieście - choć to tylko parę lat minęło przecież - w jego tkankach, przeoranych, poprawianych bez końca. i zachwycam się - choćby tymi ładnymi obrazkami ze świateł i wody, gdzie wyskakujące wysoko czerwone rybki, strzelające w górę piki i pieniste pióropusze. a wszystko zanurzone w parnej nocy i wokół ludzie leniwi i syci, wyciągnięci na trawie, i ich dzieci, i psy. urwany śmiech w ciemności, zdławiony pocałunkiem, to pewnie ta para na kocu za mną. wchłaniam. podążam. pożądam. ela elutka obok, płowe, przyczajone zwierzątko. kolorowe kamyki na szyi, takie zimne na rozpalonej skórze. różowe wino. wrocław.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

( z listu do m.)

drogi mój, kiedy jesteśmy razem, dni toczą się jednostajnym strumieniem i płyniemy w codzienności, kątem oka tylko dostrzegając tą obok obecność. a wystarczy jedna doba bez ciebie i natychmiast zaczynam rozumieć najważniejsze, że ów strumień jest błogością, jest wszystkim. gdy nie ma ciebie to tak, jakby przez środek domu biegło pęknięcie; oczywiście mogę z tym żyć, nie utrudnia to jedzenia czy pisania, ale jednak cały czas czuję, że coś jest nie tak. co za szczęście, że dotyczy to wyłącznie sytuacji, kiedy to ty jesteś gdzieś daleko, a ja próbuję zasnąć w zupełnie pustym mieszkaniu...

wtorek, 2 sierpnia 2011

czy może być coś lepszego niż dzień urodzin, który przychodzi o kilka tygodni wcześniej niż zazwyczaj? coś lepszego niż niespodziewany prezent? a gdy jest to cienka książeczka z genialnymi rysunkami piórkiem i tuszem?
czy znasz opowieść o skaczącym myszce, romantyku patrzącym dalej niż jego wiecznie zabiegana rodzina i krewni? śniącym o rzeczach prawdziwie wielkich? piszącym takie wiersze jak ten:
"rano ziarna/ są jak soczyste śliwki/ jakże je uwielbiam!"
czy znasz jego tęsknotę, słodką i gorzką zarazem, jego oddanie i szlachetność.
czy utkwi w tobie jego historia?

(mógłbym całą wieczność opowiadać ci o szczegółach - rzekł wilk - ale same szczegóły są zupełnie nieistotne)

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

jak bardzo jesienny może być lipiec, już wiem. tak sobie zawsze wyobrażałam skandynawskie lato. dni chłodne (trzeba pić dużo herbaty), a niebo jednolicie szare. i chyba tylko morza mi brak, jak zawsze. niechby z hukiem rozbijało się o przybrzeżne skały. albo o pale pomostu, gdzie chlupotałaby uwiązana łódka. ale i tak - w płaszczu ze stójką, w zapachu perfum, co to nazywają się green tea, w spranych swetrach - dobrze mi. kilogram zielonych papierówek i już można wracać do domu, gdzie sama przed sobą odgrywam sceny z bajek burtona. nie tęskniąc wcale przy tym za powrotem upałów - dziwadło.

poniedziałek, 25 lipca 2011

norwegia, taka surowa i piękna, w czołówce mojej prywatnej listy miejsc-gdzie-kiedyś-muszę-trafić. podglądana przeze mnie nieskończoną ilość razy w internecie, szkicowana, malowana akwarelą. norwegia, zupełnie absurdalnie zlana krwią prawie setki dzieciaków, zabitych w imię książki sprzed dwóch tysięcy lat i tak zwanego patriotyzmu.

słodki boże ateistów, zachowaj nas od wszelkiej religii, amen.

piątek, 22 lipca 2011

wczoraj przyszła poczta, a z nią nowa książka igora kulikowskiego, powitana całą sobą i drżeniem rąk przy odbieraniu przesyłki. odczucia zrozumiałe, jeśli weźmie się pod uwagę, że ten pan swoim pisaniem- bez żadnej przesady- trafia mnie prosto w serce. niewiele jest rzeczy, które są tak bardzo moje. gdybym potrafiła zebrać się na odwagę, żeby do niego napisać i powiedzieć mu: panie i., pana pisanie ocala i zbawia, a czasem przeciwnie, rozbija o podłogę i sprawia, że płaczę. i to jest pana nieprawdopodobna siła, nawet jeśli czasem nie wszystko udaje się panu opowiedzieć i gdzieś zostają krzywe ściegi. i mam nadzieję, że nie wytrzyma pan długo bez pisania w sieci. bo to było bardzo ważne. i gdyby nie to, że odkryłam polowanienaobłoki zeszłej zimy, to doprawdy nie wiem, jak wyglądałaby wiosna i czy w ogóle jakoś. a zdjęcia to za mało, chociaż ja je nawet czuję po swojemu. bo to nie fotografia jest pana darem, ale słowa. o. tak bym napisała, gdybym mogła. ale nie mogę, więc pozostaje wdychać zapach świeżej farby drukarskiej i sztywnego jeszcze papieru. i cieszyć się że powstał- buduar.

środa, 20 lipca 2011

teraz stoimy na szczycie katedry i spoglądamy w dół na wąskie uliczki średniowiecznego miasta, a wiatr wtłacza nam słowa z powrotem do ust. ty masz lęk wysokości i muszę obejmować cię w pasie, żebyś mógł zrobić zdjęcie tym niskim kamieniczkom w miłych ludzkich proporcjach. gdyby nie te samochody i kilka krzykliwych reklam, prawda? a gdy już znajdziemy się na dole, pójdziemy między opuszczone pałace widmowych książąt. tam już tylko brzęczenie owadów i pokrzywy, tam będziemy szeptać, onieśmieleni ciszą. wyobrażę sobie ją, taką bladą w żółtych jedwabiach; u jej stóp na trawie trójka krągłych dzieci w długich sukienkach i uśmiechnięta niańka. a oto i hrabia w surducie z żabotem, obgryza paznokieć i myśli o pośladkach praczki, którą widział dziś schyloną nad balią parujących pieluch. chodźmy dalej, do mrocznego parku; tam rosną dziwne drzewa, które ktoś setki lat temu uformował tak, by rosły poziomo i cierpliwością złamał ich naturę. spójrz, nad zarośniętym stawem tańczą w podskokach ważki o podwójnej parze trzepotliwych skrzydełek! nigdy nie widziałam takich ważek, mówię, a ty zdążysz jeszcze uchwycić je w kadr. niech dnia dopełni rozrywanie palcami cukrowej waty. i gołębie smukłe i białe, jak odlane z wosku, co wzbijają się w górę w spłoszonym korkociągu.

dzień doskonały, miniona niedziela.

wtorek, 12 lipca 2011

przez otwarte okno płynie ostry zapach kwiatów rzepaku. i ziemi. i jeszcze czegoś jak mokry wróbel. miała być burza, wyczekiwana z utęsknieniem przez cały dzień. a skończyło się na minucie hałaśliwego deszczu z kroplami wielkości grochu, który nawet nie zwilżył zbytnio kurzu na drodze. nadal oddycha się z wysiłkiem czymś w rodzaju gęstej zawiesiny. kot przeskakuje od okna do okna, niespokojny, z uszami płasko położonymi. pokój zalany jest żółtym groźnym światłem. na pociemniałym niebie najbardziej fantastyczne kłębowiska chmur, podświetlone teatralnie od wewnątrz. a jak się doda do tego zachodzące powoli słońce, to tak chyba mógłby wyglądać koniec świata lub sam jego początek. czyste piękno o takim ładunku dramaturgii, że każda próba utrwalenia musiałaby otrzeć się o kicz.

czwartek, 7 lipca 2011

lipcowe dni gumowe i nieskończenie długie. drobinki kurzu zawisają w plamach światła. pod powiekami piasek, pieczenie. rutyna codziennych czynności. ograniczone do minimum użycie słów. milczenie ciągnie mnie na zupełnie samotne dno, a im dłużej na nim jestem, tym trudniej mi przemóc się, odezwać. sprawdzam pocztę, ale moje nawoływania przepadają w pustce. dobrze byłoby otrzymać długi serdeczny list, myślę. dobrze byłoby cokolwiek, co wywołałoby jakiś dreszcz na plecach. czarne noce, bo kompletnie nic mi się nie śni. bezruch.

poniedziałek, 4 lipca 2011

wysoki poziom spokojnego cieszenia się światem utrzymuje się od kilku dni co najmniej, w czym niemała zasługa moich gruchających po francusku przyjaciółek. doświadczenie poprzednich lat nakazuje mi robić zapasy z tych gładkich dobrych chwil, do wykorzystania w zimny czas; napełniam zatem kieszenie. i jeszcze to, niepoważne całkiem: włosy ostatnio upinałam w taką mimblowatą cebulkę na czubku głowy, bo nie były dość długie ani dość krótkie, by układały się jakkolwiek. a dziś mocno podcięte, jak u tatou w amelii- właśnie tak. wychodzę uszczęśliwiona zmianą, choć ta fryzura ugruntowuje moją urodę trzynastoletniej dziewczynki.

czwartek, 30 czerwca 2011

w telewizji od kilku dni wszystkie stacje pokazują nalaną mordę, uśmiechniętą jowialnie. morda należy do jednego z największych hipokrytów w tym kraju i wzbudza entuzjazm sporej grupy chronicznie nienawidzących. w dodatku wszyscy nazywają tego śliskiego gościa ojcem. jaki ojciec? czyj? nie mój z pewnością. co za idiotyczny tytuł dla tych cyników w sukienkach. w trójce stada obrońców zapłodnionych komórek forsują swoje nawiedzone sny, które w ich mniemaniu powinny stać się obowiązującym prawem dla wszystkich. uciekam, zagłuszam, barykady wznoszę z książek i płyt. chociaż przyzwoitość wymaga, żeby wyjść naprzeciw, ja wiem. no i ta izolacja, to jak dać im broń do ręki. ale na razie strach i pogarda wygrywają, trudno.

środa, 29 czerwca 2011

teraz pamiętniki hadriana yourcenar, lektura odbiera mi dech, wystrzeliwuje wysoko ponad. stamtąd nieuważnie spoglądam na ziemię. sznurowadła jakieś kupić, żółty ser- wszystko gdzieś w dole- nieistotne, mrówcze. ten rozdział o śmierci pięknego chłopca! o, ja opłakiwałam antinousa razem ze starzejącym się cesarzem!
dzięki ci, świecie, za takie rzeczy. za to że coś ciągle potrafi tak zachwycić, to tak potrzebne, te poruszenia duszy. w pracy noszę w sobie przeczytane linijki, jak cenny klejnot. staram się nie pokazywać. ale bezwstydnie prześwituje. w półuśmiechu. w odwróceniu głowy. oprócz literatury chyba jeszcze muzyka tylko tak.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Pozostało zaczekać jeszcze na przyjazd Laury i Anette, to wszystkiego parę dni. i wypucować dom na tę okazję, o matko. ale nacieszyć chcę się nimi, tą ich francuską paplaniną. i będą na pewno drobne radości: czerwone wino, cienkie papierosy. sery i belgijska czekolada. i rozmowy do późna w nocy, ale o błahostkach, żadne tam strachy spod skóry. pozwolę sobie na szczęśliwe policzki, na beztroskie żarty. a gdy się nasycę i zacznie mnie męczyć ten świergot, wyjadę. nad zimnym morzem będzie już najczystsza asceza. pisanie. i książki budzące respekt.

piątek, 24 czerwca 2011

Najpilniejszą z potrzeb jest obecnie ucieczka, porzucenie wszystkiego.
Widzę to tak: O wieczornym niebie, gdy senna słodycz wieczoru, uniosę się lekko z dachu, z walizką i parasolem w ręce, w płaszczu szczelnie zapiętym, by chronił przed chłodem nocy- tak poszybuję, wcześniej pociągnąwszy usta czerwoną szminką. wietrzną noc spędzę nad ziemią, czule całując wzgórza, drzewom czesząc głowy- ni to gawron, ni anioł. później by odpocząć, przysiądę z kawą na kalenicy jakiegoś domu- z przeciwległego szczytu zaś będzie obserwował mnie uważnie chłopiec z zapowiedzią poezji w oczach- ale będę udawać że go nie widzę, dopiero w ostatniej chwili, odstawiając styropianowy kubek, wzbijając się znów do lotu, uśmiechnę się do niego nieśmiało. a zimnym świtem znajdę się wreszcie nad morzem, dzień będzie bardzo blady jeszcze i położę się na ziarnistej plaży na wznak, rozrzucę ręce i nogi, i tak, słuchając krzyku morskich ptaków i rytmicznego przyboju fal, narastającej i opadającej muzyki, będę leżeć tak długo, aż moje znużenie wsiąknie w piasek i słońce wzniesie się, a na plaży, daleko jeszcze, zobaczę ludzkie sylwetki. wówczas podniosę się niezdarnie, oślepiona dniem i pójdę poszukać pokoju do wynajęcia na kilka nocy, znajdując go w spłowiałym drewnianym domu, w którym nigdy nie wynajmowano pokoi, kiedyś pewnie niebieskim.
Taki jest plan.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Zaczynam pisanie tutaj, mam już za sobą pierwsze przymiarki, nieśmiałe. zaczynam, i od razu od usprawiedliwień i przepraszania, ze w ogóle porywam się. czy w ogóle mam prawo zajmować czas i uwagę. a warsztat pisarski kulawy i oczytanie przeszkadza raczej niż pomaga. sądy o cudzych dziełach głoszę z jasnością i świstem klingi, a każdej linijki tutaj tak niepewna. uporządkować myśli na cudzy użytek jakże trudno; to co powstaje jakieś kanciaste, nieładne chyba, pewnie niewarte, żeby ludziom głowy zawracać. ale potrzeba w środku jest, męcząca i tak dolegliwa, że już chyba dojrzała wreszcie. jakaś ostateczność w tym rzuceniu własnych słów publicznie na żer, bo pewnie ktoś tu w końcu zawędruje, taka natura bloga w końcu, ma być dostępny; przerażające, wszystko to, co tu napiszę- dostępne, wszystkie strachy- dostępne, wszystkie co bardziej udane i wypieszczone jak dzieci linijki- dostępne, straszne, straszne. a jeszcze nie wiadomo, kto to będzie czytał, jaką łatkę mi przykleją, okropność. jakże inne to od bezpiecznego zapisz plik, kiedy wszystko moje i dowolnie ciemne, nieczytelne i pokręcone. sama sobie winna zresztą, mogłabym na nic nie zważać, popijając herbatę wymyślać tu siebie, ozłacać kolejne historie, ale nie chcę. a ten strach bierze się prosto z tego, że chcę tu pisać prawdziwie.